Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje książek i miejsc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje książek i miejsc. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lipca 2013

Fotka Cafe: najlepszy sernik w mieście!

Czy można mieszkać gdzieś od kilku lat i nie zauważyć kawiarni, która znajduje się niemal pod nosem? Można! Ale ma to swoje dobre strony. Bo gdybym wcześniej wiedziała o istnieniu Fotka Cafe, to pewnie wcześniej spróbowałabym ich genialnego sernika. Tym samym wcześniej przybyłoby mi kilka dodatkowych centymetrów w talii, a mój portfel znacznie wcześniej by na tym ucierpiał:)


Ulubiony zielony fotel. Zauważyłam, że nie tylko ja go uwielbiam:)
Szkoda, że jest tylko jeden. Ale gdyby było ich więcej, to ten nie byłby tak wyjątkowy.

Fotka Cafe to mała kawiarenka na rogu Próżnej i Placu Grzybowskiego w Warszawie. Z jednej strony lokalu ulica z przeszłością (teren getta żygowskiego), z drugiej - nowoczesny mały skwer.

Skwer przy Placu Grzybowskim. A jeszcze do niedawna rosły tam krzaki:)




Taka "dwubiegunowa" jest też Fotka. Historyczna lokalizacja i retro aparaty, które zdobią wnętrze nadają kawiarni starowarszawską duszę. Kontrastują z nią zawieszone na ścianach zdjęcia nowoczesnej stołecznej architektury. 




Ale nie o wystroju miało być. Tylko o najlepszym serniku, jaki możecie zjeść na mieście.
Sernik z frużeliną wiśniową wbrew niepozornej nazwie kryje w sobie tyle smaków i warstw, że to aż nie przystoi tak pospolitemu ciastu:)
Spód sernika jest delikatnie cynamonowy, niby kruchy, a jednak mokry od sera. Śmietankowa masa serowa, lekko waniliowa jest tak delikatna, mazista i kremowa, że naprawdę rozpływa się w ustach. Na niej warstwa miękkiego cieniutkiego biszkoptu, oddziela masę serową od owoców. Na środku na biszkopcie rozłożono słodko-kwaśną galaretkowatą frużelinę z całymi wiśniami, a po bokach-bitą śmietanę posypaną prażonymi platkami migdałów...


Uwierzcie, ten sernik to doznanie absolutnie warte wszystkiego:) Jeśli tak ja ja lubicie łączyć w deserach słodki z kwaśnym, faktury delikatne z chrupiącymi, to polecam, polecam, polecam!
A ten sernik podany z kawą z Fotki, czyli genialną Javą pochodzącą z wyspy o takiej samej nazwie -  to duet doskonały na każdą okazję, każdą pogodę i każdy humor - w szczególności ten nie najlepszy:)


Ciasta w Fotce są przepyszne. Próbowałam tarty z kajmakiem, sernika o smaku cappucino (na zdj. poniżej), ciastek owsianych. Ceny są dosyć wysokie bo kawałek ciasta to koszt ok 15 zł. Kawa od 6 zł. Jednak wychodzę z założenia, że dobre musi kosztować, żeby odróżnić się od taniej smakowej tandety.



W Fotce możecie zjeść też sałaty, kanapki na ciepło, zupy i pierogi, jednak niczego Wam nie polecę bo zwyczajnie niczego nie próbowałam.
Fotka Cafe to dla mnie sprawdzone miejsce gdzie idę na kawę + ciasto i wiem, że to będzie najlepszy duet jeśli nie w Warszawie, to na pewno z tej strony Wisły:)
Osobny komplement należy się obsłudze. Fajne, wyluzowane i inteligentne dziewczyny nie udają, że Fotka to elitarna restauracja w pięciogwiazdkowym hotelu. Ze wszystkimi zamienią kilka słów a do młodych zwracają się na "ty" co osobiście uwielbiam.

A Wy jakie kawiarnie w Warszawie polecacie? I jakie desery w tych kawiarniach są Waszymi ulubionymi?


środa, 26 czerwca 2013

Odczarowana "Moja Dolce Vita" Marty Grycan

Wystarczyło jedno spotkanie w empiku z "Moją Dolce Vita" i od razu wiedziałam, że tej książki nie kupię. Wystraszył mnie królik w figach i miodzie z tymiankiem, rozmarynem i szałwią. Tatar z łososia z jajkiem przepiórczym po benedyktyńsku na grzance z kaparami tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że mam rację.
Nie dlatego, że nie lubię eksperymentować. Po prostu z miejsca uprzedzam się do potraw, których nazwy wymieniają wszystkie trzydzieści dwa składniki dania. I chociaż nawet przez chwilę nie zwątpiłam, że i ten królik i ten łosoś zniewolą moje kubki smakowe, to czułam, że przede wszystkim zniewolą mój portfel. A mnie samą zamkną w kuchni na co najmniej tydzień.
Barokowy przepych smaków i zapachów? - tak! Olbrzymie pieniądze wydawane na składniki? - nie! Bynajmniej jeszcze nie teraz:) 
Jak w takim razie książka Marty Grycan trafiła do mojej biblioteczki?


Była dołączona jako gratis do prenumeraty miesięcznika o gotowaniu.
Paczka z książką przyszła w piątek. Akurat tego dnia czekała mnie dwugodzinna podróż pociągiem do domu, więc spakowałam ją do torby, z mocnym postanowieniem, że daję jej 5 minut. Jeśli nie zanudzi mnie na śmierć, to jej odpuszczę najbardziej subiektywną i negatywną recenzję pod słońcem. A na wypadek, gdbym się znudziła szybciej, dokupiłam jeszcze jakieś durne pisemko o modzie, którego... nie otworzyłam nawet na chwilę:)
Nie dlatego, że zasnęłam w pociągu. Po prostu kulinarny świat Marty Grycan tak mnie urzekł i wciągnął, że nie mogłam oderwać sie ani na chwilę:) 

Sałata z grillowanym kurczakiem to jedna z wielu zdrowych propozycji autorki.
W książce znajdziecie przepisy na pysznie zapowiadające się sałaty: nicejską, ze świeżego szpinaku,
grecką czy warzywa zapiekane z fetą
Pomysł na książkę jest odzwierciedleniem filozofii życia autorki. Marta Grycan już na wstępie przekonuje, że można cieszyć się jedzeniem bez konieczności ograniczeń w naszej diecie.  Przekonuje, że zdrowe włosy, mocne paznokcie, piękna cera i błysk w oczach to zalety kobiet, które akceptują siebie i normalnie się odżywiają. Normalnie, czyli w zgodzie ze sobą, ze swoimi intuicyjnymi potrzebami i co najważniejsze-w zgodzie z naturą. Taka idea przyświeca jej dolce vita! I mnie to przekonało! 
Wiedzieliście, że żeby ugasić pragnienie i nawodnić ciało najlepiej pić wodę w temperaturze 4 st. C bo taką ciepłotę ma w naturze? Albo, że warto sól kuchenną zastąpić czarną wulkaniczną albo różową himalajską, bo to najczystsze sole występującą na ziemi?
Autorka cały rozdział poświęca właściwościom i zaletom ziół, przypraw i olejów oraz przepisom na organiczne maski i pillingi. Na pewno je wypróbuję i dam znać na blogu, jak się sprawdzają.

Świetny pomysł na błyskawiczne paluszki z bekonem, doskonały dodatek do zup kremów, dipów
lub warzywnych sałatek.

A przepisy? Jest kilka wymagających, jak ten królik w figach albo tatar z łososia. Jednak większość z nich nie sprawi trudności. Wystarczy wybrać się na targ po świeże zioła, dobre mięso i już można gotować najwykwintniejsze potrawy. Słowem, bogactwo smaków i zapachów jest dostępne dla wszystkich na wyciągnięcie ręki i na każdą kieszeń.

Pierwsza potrawa, którą ugotowałam z książki Marty Grycan to
krem z pomidorów z pieczonym czosnkiem i świeżymi ziołami.
Wyszedł niesamowity. Przepis w następnym poście
W książce znajdziecie przepisy np. na sałaty (nicejska, grecka, z grillowanym kurczakiem), zupy (krem z pomidorów, ze szparagów, tajska z krewetkami),  pożywne śniadania (granat z miodem i jogurtem, domowe bajgle z jajkiem sadzonym), szybkie przekąski (placki z cukinii, ratatouille, pieczarki faszerowane fetą, leczo), mięsa i ryby.

Paluszki z bekonem. Składniki: 1 opakowanie ciasta francuskiego, 1 opakowanie bekonu w plastrach, sól gruboziarnista i jajko do posmarowania. Ciasto pokroić w długie paski (takie jak plastry bekonu) na każdym paseczku położyć plaster bekonu, przykryć kolejnym paskiem ciasta, zwinąć w długi paluszek. Każdy paluszek posmarować jajkiem, posypać solą i piec na złoty kolor.

Na pewno oczarują Was przepiękne zdjęcia. W tej kwestii widać żelazną konsekwencję  - potrawy ozdobione świeżymi ziołami, przyprawami, wyglądają bardzo naturalnie. Tu nie ma ściemy. To nie ładne talerze, czy fantazyjne łyżki mają przyciągać wzrok. Główną rolę gra jedzenie ozdobione... jedzeniem właśnie.

Prosty i szybki pomysł na śniadanie: twarożek z rzodkiewką i domowym pieczywem.
I jeszcze ważna uwaga dla śpieszących się w kuchni. Na pewno znajdą oni  kilka przepisów dla siebie, ale nie ukrywam, że większość potraw proponowanych przez Martę Grycan, jest skierowana do ludzi, którzy potrafią, chcą i mogą celebrować ich przygotowywanie. Nie oznacza to, że gotowanie obiadu trzeba zacząć zaraz po śniadaniu, ale sparzenie pomidorów i obranie ich ze skóry albo ugotowanie bulionu na zupę zajmują trochę czasu. Jednak w podążaniu za pełnią smaku nie ma dróg na skróty. Bulion z kostki albo gotowe pomidory z puszki to nie to samo. I kropka!  
"Moja Dolce Vita" to kolejna książka, po "Pyszne 25" Anny Starmach (recenzja tutaj), z której mam zamiar ugotować absolutnie wszystko, zaglądajcie na blog po kolejne przepisy:)
Polecam!

wtorek, 14 maja 2013

Charlotte: chleb, wino i czekolada



O Charlotte. Chleb i Wino - bistro przy Placu Zbawiciela w Warszawie - napisano już bardzo dużo. Że to ulubiona śniadaniarnia warszawskich hipsterów, że obsługa jest nierozgarnięta choć sympatyczna, że wystrój jest zbyt surowy, że przy wspólnym stole ludzie stają się bardziej otwarci, no i że bułka tarta jest za droga.
Hmm, a czy ktoś zauważył, że nigdzie indziej kanapki z dżemem nie smakują tak wspaniale?:)


Do Charlotte trafiłam po raz pierwszy w zeszłym roku. Widziałam krotką zajawkę o bistro w DDtvn, czytałam też coś w Wysokich Obcasach. Zapowiadało się ciekawie: trzy eteryczne siostry właścicielki, starszy pan z wąsem przeszkolony we francuskich recepturach pieczenia chleba, common table na środku i te tłumy już od otwarcia.
Poszlam tam na drugi dzień i... zostałam aż do dziś.


Charlotte to bistro, gdzie od rana do nocy można zjeść śniadanie.  I nieważne, czy budzisz się o 7 czy o 19, zapach chleba i pełne półki chrupiących bagietek croissantów, makaroników i bezów, wszystko przygotowywane i wypiekane na miejscu, powitają Cię tam o każdej porze. Bo Charlotte. Chleb i Wino, jak sama nazwa mówi, to przede wszystkim wypieki, na słono i na słodko, które są podstawą niemal wszystkich dań z menu.


Do Charlotte chodzę regularnie, najczęściej z książką, gazetą, albo żeby się pogapić na ludzi i ulicę, która dzięki wielkim oknom niemalże wchodzi do wnętrza lokalu.


Próbowałam tam już wielu śniadań.

Śniadanie Charlotte (15 zł), czyli koszyk z pieczywem, do tego konfitury domowej roboty: truskawkowa, malinowa i pomarańczowa, czekolady: biała i mleczna albo miód lawendowy, które można dowolnie łączyć. Polecam białą czekoladę z maliną albo mleczną z pomarańczą. Polecam też się nie krępować i brać pieczywo w ręce, rwać je palcami, kruszyć i cieszyć się chwilą.
Do tego śniadania dostajemy również dowolną kawę. A propos kawy, zauważyłam, że parzy ją jedna osoba z obsługi - tylko ona i tylko kawę, więc wiadomo, że robi to dobrze:)



Granola z jogurtem (8 zł) czyli jogurt naturalny z domową granolą z opiekanych płatków, orzechów, miodu i żurawiny, podany ze świeżymi owocami. Przepyszne i pożywne śniadanie.
Znalazłam na stronie Charlotte przepis na granolę, pojawił się on już na blogu, lekko zmodyfikowany o dodanie nerkowców, zajrzyjcie, zróbcie koniecznie i porównajcie.


Tartine Saumon fumé (9 zł) czyli kanpka na zimno z łososiem wędzonym, gęstą śmietaną i koperkiem. Prosto? A jakie doznanie:) Pychota!

Croque-monsieur (15 zł) to zapiekana kanapka z szynką, sosem béchamel i serem Gruyère, podana z zestawem zielonych sałat polanych fantastycznym sosem. Absolutny hit, jak tylko zdobędę Gruyere, a już wiem, że to nie takie proste, to zrobię takie kanapki i będę je jadła codziennie!


Z napojów poza kawą piłam też zielone herbaty, np. z lawendą i lemoniadę, nad którą zachwytów nie rozumiem, ot zwykły napój.
Wino, choć lubię, próbowałam tylko raz - białe, wytrawne, dobrze schłodzone, jednak nie znam się na nim na tyle, żeby opiniować.


Największą krytykę w Charlotte zbiera obsługa. Moim zdaniem to symaptyczni młodzi ludzie, którzy może rzeczywiście nie mają dużego doświadczenia w opanowaniu sali i ogródka pełnych gości, ale się starają. Są wyluzowani, czasem zagadają, nie tworzą sztucznego dystansu nadmierną niepotrzebną grzecznością. A że na jedzenie trzeba czekać to nie ich wina. To niczyja wina. Jest dużo ludzi, wszystko jest robione na miejscu na bieżąco więc to jasne, że trzeba wykazać się odrobiną cierpliwości.


Moim zachwytom nad fenomenem miejsca i prostotą pomysłu na Charlotte nie było i nie ma końca. Słyszeliście, że jeden zadowolony klient to dziesięciu następnych. W moim przypadku jedna zadowolona Izabelka to trzydzieści osób, które tam niemal na siłę tam wysłałam, i nie słyszałam w ani jednym przypadku, że to był zły pomysł.
Polecam Wam Charlotte, ulegnijcie absolutnemu czarowi tego miejsca.

I znowu zjadłam wszystko, do ostatniego okrucha w koszyku...





wtorek, 7 maja 2013

Inspirujące i "Pyszne 25" Anny Starmach

"Pyszne 25" czyli 25-letnia Anna Starmach (absolwentka Le Cordon Bleu, jurorka MasterChefa) prezentuje przepisy na dania, których przygotowanie nie trwa dłużej niż 25 minut a koszt składników nie przekracza 25 złotych.

Na "Pyszne 25" nie trzeba mnie było długo namawiać. Widziałam kilka odcinków programu o tym samym tytule na tvnStyle i przyznam, że poczynania autorki w kuchni są mi bardzo bliskie. Dostępne składniki, łatwe przepisy i zaskakujące, jak na tę prostotę, efekty. Czyli wszystko to, co w gotowaniu lubię najbardziej.


Do dziś pamiętam z telewizji pomysł Anny na jajka w koszyczkach, czyli śniadanie z kajzerek, jajek, szynki i sera. Brzmi banalnie? Może i tak, ale jeśli wydrążymy kajzerki, wyścielimy je szynką i serem, wbijemy do środka po jajku i zapieczemy, to z prostych składników w kilka chwil otrzymamy genialne śniadanie we francuskim stylu. Robiłam, potwierdzam, smaczne!

W "Pyszne 25" znajdziecie przepisy na smarowidła. Niektóre dobrze znane, np. krem czekoladowy, inne zaskakujące, jak ten krem bananowy z krówkami .

W książce znalazłam nowoczesne, niebanalne pomysły na potrawy, które znam, uwielbiam i robiłam już nie raz. Wśród nich na naleśniki, makarony, zapiekanki, zupy, sałatki i ciastka. Przepisy są tak łatwe, że mam ochotę wypróbować je wszystkie!

Ryż na mleku jemy czasem w domu na śniadanie. Nie przepadam za nim. Ale czuję, że w wersji waniliowej z karmelizowanymi jabłkami  przypadnie mi do gustu.

Książka podzielona jest na trzy główne części: "Na słono", "Na słodko" oraz "Niezbędnik" czyli kilka praktycznych porad tyou. jak roztopić czekoladę, jak pozbawić orzechy skórek, jak zrobić bulion czy klarowane masło.


Każdy przepis w "Pyszne 25" opatrzony jest dużym, zrobionym z bliska i mega apetycznym zdjęciem gotowej potrawy. Dekorację stanowią tu głównie kolorowe, świeże składniki. Na fotografiach nie znajdziemy modnych starych desek, spalonych blach czy zaśniedziałych łyżek. Nie ma też nowoczesnych gadżetów.
Każde danie wygląda tak, jakby dopiero co wyszło z domowej kuchni i za chwilę miało znaleźć się na rodzinnym stole. A wszystko ze smakiem i elegancją. Uwielbiam takie zdjęcia.

Z przepisu Anny Starmach na brownie korzystałam, gdy piekłam brownie z owocami lata. Wyszło bardzo smaczne!

Dodatkowe estetyczne zalety książki Anny Starmach to poręczny format i ładny papier.
"Pyszne 25" polecam nie tylko początkującym, lecz także wielbicielom prostej i szybkiej, ale efektywnej kuchni.
Na pewno będziecie zadowoleni!

środa, 1 maja 2013

Karczma Polany po "Kuchennych Rewolucjach" (2012 r.)

Do Karczmy Polany w Kościelisku zajrzałam z wrodzonej ciekawości. Chciałam się dowiedzieć, co dają tam do jedzenia i jakie są ceny po tvn-owskich "Kuchennych rewolucjach"*.

Tłum turystów, który oblegał karczmę to głównie rodziny z małymi dziećmi, którzy wracali głodni z wycieczek po Dolinie Kościeliskiej lub tak jak my - z Giewontu i Czerwonych Wierchów. Większość gości była ubrana na sportowo. Dzięki temu miejsce od początku nie odpychało sztucznym restauracyjnym nadęciem.


Wnętrze jest klimatyczne i ciepłe dzięki drewnianym meblom, wiklinowym ozdobom i kolorowym poduszkom w regionalne wzory. Przy wejściu stoi coś w rodzaju kominka lub paleniska, (niestety było wygaszone). Na kamiennych ścianach wiszą grube baranie skóry, na stołach duże palące się świece tworzą nastrój. Jesienią w doniczkach i wazonach kwitną wrzosy.
Lampki na parapetach niestety skutecznie zasłaniają widok na góry, z którym i tak tam kiepsko. Okna owszem wychodzą na Tatry, ale Karczma mieści się częściowo pod ziemią, co utrudnia kontemplowanie górskich widoków.



Jesienią w ozdobnych doniczkach kwitną wrzosy

W menu dominują regionalne specjały, porcje są duże a ceny przyzwoite. W Karczmie byłam już kilka razy więc spróbowałam wielu dań.

Na przystawkę m.in. moskola (ok. 10 zł)* czyli miękki ziemniaczany placek z bryndzą i masłem czosnkowo-ziołowym, zupełnie nieprzypominający placek ziemniaczany, który robię w domu. Próbowałam też śliwki owinięte w chrupiący boczek (ok. 10 zł), podane z najlepszym bundzem na świecie. Od tamtej chwili stały się one moją ulubiona przystawką .

Na pierwszym planie moskole, na drugim - śliwka z boczkiem i bundzem.
Z zup zamawialiśmy kwaśnicę na gęsinie (ok.12 zł), przyjemnie kwaśną i wcale nietłustą. Próbowałam też kociołka tatrzańskiego z kluseczkami (ok.12 zł). Był to rodzaj gulaszu z ogromną, nawet dla mnie, ilością mięsa, wszystko pięknie podane w podgrzewanym kotle.

Kociołek tatrzański a dalej...

...kwaśnica na gęsinie...

Z dań głównych: baranina w tatrzańskich ziołach (ok. 30 zł), która - jak przystało na dobrej jakości mięso - była miękka i nieodstręczająca tym specyficznym dla siebie zapachem. Słowem, na pewno nie był to stary, twardy, śmierdzący baran.
Zamawiałam też schab w kurkach (ok. 25 zł). Zwykle tego nie robię bo jest on bardzo pospolity a na wyjazdach lubię poeksperymentować, jednak w połączeniu z malutkimi chrupiącymi grzybkami uduszonymi w sosie śmietanowym-było smacznie. Wzięłam do niego pieczone ziemniaki z jakimś serem i ziołami, jednak smaku nie pamiętam, więc pewnie nie zawojowały mojego podniebienia.

...i dania główne

Chcieliśmy spróbować też pierogów (ok. 15zł) więc skusiliśmy się na połowę porcji tych z mięsem. Były wspaniałe - sprężyste cienkie ciasto, dobrze doprawiony pachnący farsz i na pewno nie odgrzewano ich w mikrofalówce.
Nie mogliśmy się opanować, żeby nie zamówić czegoś szpinakowego więc wzięliśmy małą tartę szpinakową (ok. 10 zł). Pycha.  A propos tart, zauważyłam, że za jednym z barów stały ceramiczne kokili do zapiekania i były wyłożone surowym ciastem. Nie wiem, czy tak powinno być, ale wiem, że to oznacza, że tarty w Polanach są pieczone na miejscu.

Na koniec deser. Pomimo że kusiły bezy, to wybrałam cieplutkie kruche ciasto z brusznicami (ok. 10 zł) czyli z żurawiną. Powiem krótko - wow, to był strzał w dziesiątkę, słodkie ciasto, kwaśno-gorzkawe żurawiny i chrupiąca kruszonka. Zrobiłam takie od razu po powrocie do domu. A do ciasta była herbatka z żurawinami (ok. 7zł), równie smaczna.

Żeby nie było tak różowo, to w Polanach nie było tatara!:) Skandal!

Duży obiad złożony z przystawki, zupy, dania głównego i deseru to koszt ok 60-70 zł na jedną osobę. Czy to dużo, czy mało - zależy od kieszeni i potrzeb. Pamiętajcie tylko, że płacicie nie tylko za ilość, ale też za jakość, a co do tej ostatniej - w Polanach jest naprawdę wysoka.
Jedzenie na wyjeździe nie jest najważniejsze. Można się świetnie bawić z pustym brzuchem i beznadziejnie z pełnym. Ale ja na wycieczkach chcę chociaż raz spróbować czegoś nowego i regionalnego. Dlatego planując budżet na wyjazd, zawsze uwzględniam chociaż jeden taki obiad lub kolację.

Musicie też wiedzieć, że na jedzenie w Karczmie trzeba czekać, czasem nawet kilkadziesiąt minut. Ale dzięki temu jest większe prawdopodobieństwo, że potrawy są przygotowywane na miejscu a nie odgrzewane w pośpiechu z mrożonek.

Minusem Polan jest obsługa. Drażniąco pewni siebie (ten góralski charakterek:) młodzi ludzie ubrani w regionalne stroje, w moim odczuciu zachowywali się jak gwiazdy z telewizyjnego show. Ponadto w ich oczach widać było oczekiwanie na dudki w postaci napiwków. To nic złego, pod warunkiem, że kelner potrafi udawać, że jest inaczej:).

Polecam Karczmę Polany w Kościelisku! Dajcie znać, jakie są Wasz opinie o tym miejscu.

* W Polanach byłam w 2012 roku na jesieni, ceny podaję w przybliżeniu ponieważ nie pamiętam dokładnych.




Get In Touch